wtorek, 2 kwietnia 2019

Recenzja - Catzy Healing szampony przeciwłupieżowe

Recenzja - Catzy Healing szampony przeciwłupieżowe
Marka Catzy ma w swojej ofercie bardzo wiele ciekawych kosmetyków do włosów. Znaleźć można wszystko i kosmetyki do koloryzacji czy stylizacji, ale też do pielęgnacji. Od początku marca używam dwóch szamponów z linii Healing, czyli szamponów przeciwłupieżowych i dzisiaj chciałabym wam napisać czy warto. Ponadto zmieniłam też jakiś czas temu kolor włosów na jasny i bardzo trudno jest mi dobrać odpowiednią pielęgnację. Czy szampon przeciwłupieżowy przy mocno rozjaśnionych włosach to dobry pomysł? Zaraz się przekonacie.


Moje włosy i skalp

Łupież zwykle kojarzy się z białymi pyłkami we włosach i na ramionach, które są widoczne zwłaszcza na ciemnych ubraniach. Jednak nie zawsze tak jest. Mój skalp przez długi czas daje mi w kość swędzeniem. Kiedyś myślałam, że to uczulenie na SLS czy podrażnienie od detergentów tak silnych jak SLS. Jednakże swędzenie pojawia się też po umyciu włosów i głowy szamponami naturalnymi, a nawet kostką Lush. Okazało się, że to prędzej objaw łupieżu niż uczulenia. Od czasu do czasu  mój skalp zrzuca też łuski, po prostu nadmiernie się złuszcza, ale nie jest to stałe i tak samo nasilone. Czasem widać to bardzo mocno, zwłaszcza na poduszce rano, a czasem przez wiele tygodni nic się nie dziej. Oprócz swędzenia, bo tu zawsze na drugi dzień po myciu swędzenie wraca.


Przejdźmy do włosów samych w sobie. Już mi nieco odrosły od skalpu, a więc od góry mam "swoje" szare włosy, które są proste, grube i dość sztywne. Przez rozjaśnienie z brązu do bardzo jasnego blondu, pozostała część włosia jest cienka, pusząca się i bardzo sucha. Na każdym zdjęciu kolor wychodzi inaczej. Ale rozjaśnienie brązowych włosów mam przez zrobienie pasemek. I rozjaśnione włosy bardzo mocno mi się puszą, więc obawiałam się efektów szamponu przeciwłupieżowego. Niesłusznie.


Szampon przeciwłupieżowy
Opis producenta:
Szampon zawiera substancję aktywną, pirytionian cynku w stężeniu 1%. Ilość zastosowanego związku sprawia, że produkt działa bardzo skutecznie w walce z łupieżem i jego następstwami. Healing Shampoo starannie oczyszcza skórę głowy i eliminuje łupież. Poza właściwościami przeciwłupieżowymi, pielęgnuje włosy, nadaje im blask, miękkość i puszystość. Ma przyjemny, migdałowy zapach.


Szampon przeciwłupieżowy ziołowy
Opis producenta:
Healing Herbal Shampoo przeznaczony jest do stosowania w przypadku łupieżu i włosów silnie przetłuszczających się. Posiada właściwości oczyszczające, eliminuje łupież. Nadaje włosom puszystość i połysk. Obok pirytonianu cynku 1%, substancji o działaniu przeciwbakteryjnym i przeciwgrzybiczym, wzbogacony jest w ekstrakty z brzozy, rozmarynu, rumianku i pokrzywy, substancji o działaniu przeciwłojotokowym i przeciwłupieżowym.


Moja opinia:
Opisuję te dwa produkty razem, ponieważ dla mnie mają tylko jedną różnicę w działaniu. Obie butelki mają taki sam kształt, korek i nawet kolor produktu. Mimo, że zielona wersja jest wzbogacona ziołami to nie wyczuwam zmian w zapachu. Sam zapach jest bardzo ładny, ale i delikatny. Włosy go nie absorbują i nie pachną szamponem po myciu.

Jak możecie zobaczyć na zdjęciu kolor jest taki zielonkawo-niebieski ale nie koloryzuje włosów. Sama konsystencja jest dość ciekawa. Bardziej jak emulsja niż jak typowy szampon. Żeby umyć włosy najpierw je moczę, potem nakładam odrobinę szamponu na ręce, pienię go w rękach i nakładam na skalp. Spieniam, czekam około minuty i nabieram drugą małą porcję szamponu i myję długość włosów. Spłukuję i przechodzę do standardowej pielęgnacji, czyli odżywka na długość, a po spłukaniu mgiełka do włosów i suszenie suszarką. Przy skalpie szampon nie zawsze się dobrze pieni, ale jak zmoczę bardziej włosy i naniosę porcję na długość i pomasuję drugi raz skalp, wtedy piany jest sporo.

Dodam, że używałam tych szamponów najpierw dwukrotnie tego samego, a potem naprzemiennie. Producent zaleca używanie codziennie, ale ja myję włosy co 2-3 dni i tak też używałam tych szamponów.

Skalp - już po pierwszy użyciu zielonego szamponu (bo od niego zaczęłam), zauważyłam zmniejszenie swędzenia skóry głowy, po drugim użyciu ustąpiło. Podczas używania czerwonej wersji swędzenie nie powróciło. Dotykając palcami skóry głowy czuję, że jest jednolita. Nie mam żadnych strupków, jak to bywało kiedyś, nie mam też śladów białego naskórka. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że oba szampony mi pomogły. Po umyciu czuć też, że skalp jest bardzo czysty i odświeżony. Ale nie czuję ściągnięcia czy coś takiego. Jest naprawdę czysty i ma się dobrze.

Włosy - tutaj jestem bardziej zaskoczona wersją zieloną, ponieważ o cały jeden dzień (co najmniej 24h) przedłuża świeżość włosów. Czerwony szampon też myje bardzo dobrze, ale to po zielonym zauważyłam, że mam włosy czyste dzień dłużej. Same włosy po umyciu (mimo nakładania odżywki i mgiełki) są odbite u nasady, miękkie i swobodnie opadają. Nie są spuszone, ale zaraz po umyciu, gdy są jeszcze mokre widzę, że są poplątane. Jeśli nie dałabym odżywki, zapewne miałabym problem z rozczesaniem. Natomiast włosy są naprawdę czyste, ładne, miękkie (ale nie rozmiękczone) i błyszczące. Na blond pasemkach mam efekt przetykania złotem i wiem, że to nie od odżywki czy mgiełki, bo one nie dają takie efektu.


Podsumowując
Jestem pozytywnie zaskoczona, że dzięki tym szamponom pozbyłam się problemu nękającego mnie od lat, a do tego włosy są w super stanie. Bałam się, że bardziej leczniczy szampon z 1% pirotonianu cynku może je po prostu wysuszyć, bo i tak są suche po rozjaśnieniu. A tu nic takiego nie miało miejsca. Tak naprawdę moje włosy są po nich świetne. Ładnie wyglądają mimo, że są mocno zniszczone. Szampony są bardzo wydajne, zwłaszcza używane na przemian wystarczą mi na bardzo długo. Co mnie cieszy, bo są naprawdę świetne. Nie spodziewałam się po szamponie przeciwłupieżowym efektów pielęgnacyjnych. A tu proszę ;)


czwartek, 7 marca 2019

Haul - nowości luty 2019

Haul - nowości luty 2019
Moje powtarzanie: nic nie kupuję w tym miesiącu, jest już pewnie nudne. Nawet nie będę udawać, że moje zakupy są normalnej wielkości, bo nie są. Hmm może jeśli ktoś robi zakupy raz na kilka miesięcy, to moje jedne są porównywalne. Ale to też oznacza dużo nowości do testowania i recenzje dla was. Nie ukrywam, że sama czytam recenzje na innych blogach, jak mam wątpliwości. Zapraszam do oglądania zdjęć, bo tekstu zbyt wiele nie będzie :)


Wszystko razem prezentuje się tak. Dwa zestawy kosmetyków i mnóstwo pojedynczych. W sumie w tym haulu jest wszystko. Od produktów do pielęgnacji, po makijaż.


Na pierwszy ogień zakupy z ebay.com. Od lat kupuje na ebay koreańskie kosmetyki. Ostatnio jednak ograniczam się ... do plastrów na pryszcze od Nexcare. Tym razem kupiłam dwupak na zapas. Plus dostałam próbki, w tym balsamu do demakijażu od banila.co, który już od dawna chciałam przetestować.


Z wypadku po chleb do Biedronki oczywiście wyszłam z kosmetykami, bo czemu nie. Kolekcja Bon Bon od Bell dostępna w Biedronce skusiła mnie pudrem do twarzy i rozświetlaczem. Oba produkty już używałam kilka razy i są naprawdę dobre. Antyperspirant Dove kupiłam z okazji Akcji Testuj z Dove, gdzie można było otrzymać zwrot kosztu zakupu. Używam go już dobre trzy tygodnie i nawet jestem zadowolona.


Podkład Hean Camouflage i korektor Radiant Splendor otrzymałam jako nagrodę wygraną w konkursie na Instagramie. Użyłam podkładu już kilka razy i naprawdę mi się spodobał. Korektor jest tylko albo aż rozświetlający, więc to naprawdę fajny komplet.


Kolejny wygrany konkurs na IG organizowany był przez CosmetiCosmos, a do wygrania były kosmetyki Borntree, jak widać trafiły do mnie ;) Serum i krem do twarzy czekają aż coś mi się skończy, o aktualnie mam otwarte aż 4 kremy.


Jak mogliście zobaczyć na Instagramie przefarbowałam włosy z brązu na blond. U fryzjera, spokojnie :) Jednak potrzebują bardzo mocno odżywienia, bo są po prostu suche po tym zabiegu i się puszą. Serię Revlon 10w1 miałam już kilka lat temu i się sprawdzała. Używam jej regularnie i włosy są troszkę lepsze, ale z puszeniem nadal sobie nie radzę. Do zakupów dodałam sobie Lip Smackersa Chupa Chups i działa świetnie, ale zapachu/smaku praktycznie nie ma. Powyższe produkty kupiłam na ezebra.


Od Jolse.com dostałam do przetestowania zestaw Troiareuke Aesthetic Start Kit, którego recenzję znajdziecie tutaj: http://www.nokosmetykach.pl/2019/02/recenzja-jolse-troiareuke-aesthetic.html


Przyszły do mnie też 3 zapachy od perfumetka33ml. Recenzja tutaj: http://www.nokosmetykach.pl/2019/03/zapachy-na-kazda-kieszen-perfumetka-33.html


I ostatnia paczka to maseczki, które zamówiłam do postu "Miesiąc z maseczkami w płachcie - marzec". Miałam już dwie maseczki do Sally's box, domówiłam sobie 4 sztuki i właśnie je testuję. Przyznaję ze względu na promocyjną cenę kupiłam je w drogerii internetowej ekobieca.

Dzisiaj mamy 7 marca i już mogę wam powiedzieć, że post haul marca też będzie duży :) Znacie te produkty? Czekacie szczególnie mocno na recenzję któregoś z nich?


niedziela, 3 marca 2019

Zapachy na każdą kieszeń - Perfumetka 33 ml

Zapachy na każdą kieszeń - Perfumetka 33 ml
Wiele osób nie wyobraża sobie wyjść z domu bez popryskania się ulubionymi perfumami. Niestety luksusowe zapachy są drogie. Zwykle kupujemy sobie flakon z okazji świąt czy urodzin, albo właśnie z tych okazji dostajemy na prezent. Można jednak kupić o wiele tańsze zapachy, w małych pojemnościach, aby mieć je do torebki czy jako alternatywę dla dużego i drogiego flakonu.


Perfumetka 33 ml - jak nazwa wskazuje oferuje zapachy o pojemności 33 ml. Moja trzy zapachy to wody toaletowe o zaperfumowaniu 80%. Wybierać można spośród najpopularniejszych zapachów. Do mnie trafiły alternatywy Jimmy Choo, Dior Poison Girl i Victor Rolf Flowerbomb. Ten ostatni mam w oryginale i zdecydowałam się na niego, aby porównać zapachy.


Nie umiem wyobrazić sobie po opisie zapachu czy mi się spodoba. Dlatego zawsze muszę sugerować się testerami czy miniaturkami. Pojemność 33 ml to z jednej strony bardzo dużo do testów, a jeśli zapach nam się spodoba to też starczy na dłuższy okres czasu niż tester 1,5 ml.

Dior Hypnotic Poison mnie kusił, ponieważ był wymieniony przez Jeremy'ego Fragnance (kanał na YT) jako jeden z najbardziej kobiecych zapachów, które najlepiej działają na mężczyzn. Ale dla mnie jest za słodki i mimo, że ma w sobie elegancką nutę, to nie jest to zdecydowanie mój zapach. Dobrze, że mam tylko 33 ml :)

Victor i Rolf Flowerbomb to zapach dobrze mi znany od zeszłego roku. W oryginale otwiera się zapachem kwiatowym i zmieni w bardziej słodki, kobiecy, ale nadal z wyczuwalnym jaśminem, zapach. Zawsze wyczuje jaśmin i w każdych perfumach. Zapachy są naprawdę bardzo podobne. Jeśli chcecie sprawdzić czy wam pasuje albo od noszenia nie boli was głowa, to perfumetka będzie świetnym pomysłem.

Jimmy Choo by Jimmy Choo - to zapach mocny, elegancki, trochę orientalny. Bardzo ładny i kobiecy. Ale dla mnie na większe wyjścia właśnie przez tą elegancką nutę. I może na wieczór do ładnej sukienki?


Jeśli chodzi o trwałość zapachu na skórze to musicie wziąć pod uwagę to jak zachowują się inne zapachy. U mnie niektóre znikają po 3-4 godzinach, inne po 5-6 godzinach, a niektóre trzymają się ponad 8 h na skórze. Te od perfumetka zaliczają się do tych średnio trwałych. Ale ważne jest m.in. pH skóry, potliwość i to czy pryskamy perfumy na nakremowaną skórę czy "gołą".

Wymienione zapachy i o wiele więcej można znaleźć na stronie https://perfumetka33ml.pl/ Męskie oczywiście też są!

czwartek, 28 lutego 2019

Recenzja - [JOLSE] TROIAREUKE Aesthetic Start Kit

Recenzja - [JOLSE] TROIAREUKE Aesthetic Start Kit
Jolse to sklep internetowy, w którym można kupić koreańskie kosmetyki. Ceny są o wiele bardziej przystępne niż te oferowane przez polskich sprzedawców. A do tego wybór jest ogromny - od dobrze znanych i popularnych marek, po mniej znane... przynajmniej w Polsce. Co jakiś czas Jolse organizuje też akcje szukania testerek produktów. Właśnie z takiej akcji trafił do mnie zestaw Troiareuke Aesthetic Start Kit. Bardzo się ucieszyłam, ponieważ są to kosmetyki oparte o wąkrotkę azjatycką, która ponoć działa cuda na cerze trądzikowej. Czy u mnie zadziałały?


Obietnice producenta:
Ekskluzywny zestaw startowy, który utrzymuje równowagę pH i poprawia problemy skórne. Skutecznie nawilża skórę i działa przeciwstarzeniowo / przeciwzmarszczkowo. Odżywia z głębokiej skóry i odmładza skórę, dzięki czemu jest zdrowy i jasny.

Poniższy zestaw startowy zawiera następujące Oil Cut Cleansing 55ml H + Moisture Cocktail 70ml + + Recovery cream 25 ml

Cena: 79$

Zestaw możecie kupić na jolse.com lub bezpośredni link http://jolse.com/product/troiareuke-aesthetic-start-kit/14958/


Moja cera:
Szybko przypomnę, że moja skóra ma już ponad 28 lat, a mimo to nadal mam problemy z trądzikiem, blizny po trądzikowe, różne przebarwienia, rozszerzone pory, a nawet tzw. wągry. Nie ma dnia, żebym nie miała choć jednego ropnego pryszcza. Choć używałam już chyba wszystkiego, aby mieć ich jak najmniej. A do tego w okresie zimy mam bardzo suchą skórę pod oczami i na policzkach, przy czym strefa T - głównie czoło, mam dość tłuste.


Moja opinia:

Od całego zestawu oczekiwałam dużo, ponieważ jest on drogi, a do tego pojawia się na nim informacja, że to produkt profesjonalny.


Oilc cut Cleansing - to żel do mycia, który się nie pieni, albo na tyle słabo, że nie zauważyłam. Natomiast używam go na suchą cerę rano, masuję i zmywam wodą. Cera jest skrzypiąco czysta, ale nie wysuszona. Naprawdę bardzo ładnie myje twarz i kolejne kosmetyki wchłaniają się potem lepiej. Można nim zmyć też makijaż. Wystarczy go rozprowadzić i masować na makijażu, a potem spłukać wodą i śladu nie ma. Jest też wydajny, ponieważ wystarcza jedna, duża kropla na jedno mycie.


H + Moisture Cocktail - to połączenie skoncentrowanej ampułki i Skin complex formula, czyli jakby toniku. Wymieszałam od razu ampułkę i tonik. Wystarczy spryskać twarz i wklepać. Dla mnie ta formuła jest dość ciekawa. Zachowuje się jak woda, ale w dotyku przypomina żelową śliskość. Szybko się wchłania i pozostawia uczucie ukojenia i nawilżenia. I jest też wydajny, ponieważ wystarczy 2-3 pryśnięcia, aby na twarzy pozostała warstewka wody do wklepania. Nie używam go na wacik, bo mi szkoda.


Recovery cream -  krem do twarzy, który można używać też punktowo. Przez pierwsze dwa tygodnie używałam go na całą twarz, a potem tylko na najbardziej problematyczną strefę T, gdzie mam dużo przebarwień po niedoskonałościach i świeże krostki. Ten krem bardzo dobrze nawilża, a jednocześnie jest bardzo lekki. Wchłania się doskonale i nie zostawia żadnej warstwy. Nie matuje, ale cera wygląda ładnie i świeżo. Po około 3-4 godzinach zaczyna się wyświecać na czole i nosie, ale dla mnie to norma. Można go używać też pod makijaż. Nie zauważyłam, aby żaden podkład (Hean Camouflage, Maybelline Fit Me, Rimmel Match Perfection) zachowywał się w inny sposób niż normalnie.

Działania to bajka! Wszyscy ludzie z cerą trądzikową i przebarwieniami powinni go spróbować. Wiem, że jest drogi, ale u mnie działa super. Już po pierwszej aplikacji zauważyłam, że krosty goją się szybciej i to nawet te okropne podskórne grudy z osoczem zamiast ropy. A do tego już po 2-3 dniach miałam bardzo mocno rozjaśnione starsze przebarwienia. A te nowsze od aktywnych pryszczy są z każdym użyciem coraz mniej widoczne. Niestety nadal pojawiają mi się pojedyncze krosty, ale jest ich zdecydowani mniej niż było przed rozpoczęciem kuracji tymi kosmetykami. Co ciekawe, nawet jak mi się pojawi ropny pryszcz to szybciej dojrzewa! Na drugi dzień od pojawienia się czerwonej plamy wychodzi ropa, a więc naklejam plaster i już, po paru h jest tylko płaski czerwony ślad, który zaczyna się goić. Nie widziałam takiego działania przy żadnym innym kosmetyku. A z trądzikiem się bujam już ponad 12 lat.


Podsumowując całej serii używam co najmniej raz dziennie od 3 tygodni. Cleanser jest bardzo mocny, dlatego jego szczególnie używam tylko raz na dzień. Mikstura toniku i krem są używane przeze mnie częściej, nawet 2 razy dziennie. Wszystkie produkty mi się podobają przez ich działanie. Ale jeśli miałabym wybrać jeden ulubiony, to jest to Recovery Cream. Wiem, że ta seria kosmetyków opiewa na jeszcze inne produkty i z ciekawości pewnie też je kiedyś przetestuję. Mogę powiedzieć, że obietnice producenta są spełnione. A sam zestaw jest wart tych pieniędzy.

czwartek, 21 lutego 2019

Denko - styczeń 2019

Denko - styczeń 2019
Każdego miesiąca moje denka są spore. Nie wiem jak to się dzieje, bo nie zużywam kosmetyków na siłę... no prawie. Ale część z nich używam w normalnych ilościach i regularnie przez co się kończą dość szybko. Niektóre biorą mnie z zaskoczenia. A jeszcze inne i tak są jednorazowe. Tak czy inaczej prezentuję denko stycznia 2019.


Maseczki do twarzy

W tym miesiącu głównie używałam maseczek SKIN79 - recenzja tutaj http://www.nokosmetykach.pl/2019/02/miesiac-z-maseczkami-w-pachcie-skin79.html

Zużyłam też jedną maseczkę Marion - szału nie ma. I Oozoo Bear Aurora - maseczkę rozświetlającą, która jest genialna! Ale warto przemyć twarz wodą z resztek produktu, bo nie wchłania się zbyt dobrze. Mimo to efekt jest świetny. Miałam też próbkę czarnej maski Boscia. Nic ciekawego, jak każda czarna maska robi... nic.


Kosmetyki do ciała

Płatki z Biedronki każdy zna i większość lubi. Chusteczki Femina i chusteczki z antyperspirantem kupuję na wyjazdy, a jeśli coś mi zostaje to zużywam w domu. Obie paczki są dobre i każdy rodzaj spełnia swoje zadanie. Antyperspirant Rexona compress faktycznie wystarcza mniej więcej na tyle samo czasu, co duże opakowanie i jest nawet dobry.

Peeling od Nature Queen - recenzja tutaj Masło do ciała Oriflame - wpis tutaj


Kosmetyki do włosów

Przyznam się, że opakowanie po Fructisie znalazłam podczas porządku w garderobie. Nie wiem co tam robiło. Natomiast szampon Nivea to jest ten produkt, który po prostu chciałam wykończyć. Bardzo mocno podrażniał mi skórę głowy, więc skończył jako detergent do prania swetrów, mycia pędzli itd. Andrea to olejek na porost włosów z imbirem z Aliexpress. Nawet działa, o ile kupi się oryginalną wersję. Tak, olejki za 2$ też już podrabiają.


Kosmetyki do twarzy, w tym makijaż

Postanowiłam zrobić małe porządki w makijażu, więc pozbywam się dosłownie dwóch rzeczy. Starej jak świat paletki NYC, która i tak nie była napigmentowana i kredki Bell, którą mam już ponad 3 lata. Oprócz tego wykończyłam paczkę plastrów na pryszcze Nexcare i żel aloesowy od Garnier. Mleczko do demakijażu od Evree przekroczyło termin przydatności od otwarcia, więc mimo, że go nie zużyłam już się z nim żegnam.

Serum od Lancome - recenzja tutaj. Zużyłam też próbki wodnych ser od Its skin, kremy Missha i krem pod oczy Ava, którego próbka starczyła mi na 3 tygodnie!!!


Z tego wszystkiego na pewno kupię ponownie plastry Nexcare, maseczki Oozoo oraz maseczki Skin79. Także próbki produktów Missha mnie zaciekawiły, więc możliwe, że skuszę się na pełne opakowania. Na szczęście mam jeszcze jeden peeling do ciała od Nature Queen w zapasie, ale jak i on się skończy to kupię ponownie. Ogólnie denko jest całkiem spore, ale mało w nim hitów.

czwartek, 14 lutego 2019

Miesiąc z maseczkami w płachcie SKIN79 - styczeń 2019

Miesiąc z maseczkami w płachcie SKIN79 - styczeń 2019
Jak w każdym miesiącu stałym punktem mojej pielęgnacji były maseczki w płachcie. Naprawdę zużywam ich dużo, ponieważ są wygodne. Ostatnio trzymam się jednak przez całym miesiąc produktów jednej marki. W styczniu padło na Skin79, która jest mi dobrze znana i już wcześniej używałam maseczek tej marki. Czy jednak używanie przez cały miesiąc maseczek tylko od jednej firmy daje lepsze efekty? O tym przeczytacie w dalszej części wpisu.


Seoul Girls
Każda maska Seoul Beauty Mask zawiera w sobie specjalnie opracowany kompleks roślinny w skład którego wchodzi wyciąg z korzenia żeń-szenia, który doskonale odżywia i dotlenia komórki skóry, pobudzając proces odnowy. Wyciąg z liści aloesu wygładza, ujędrnia, regeneruje i pomaga w utrzymaniu wilgoci. Ekstrakt z morwy białej uelastycznia skórę, chroni ją i hamuje przed procesem starzenia. Łzawica ogrodowa działa przeciwzapalnie a wyciąg z badianu właściwego chroni skórę przed bakteriami (co wpływa na zmniejszenie się trądziku).


Trzy wersje, które widzicie na zdjęciu to moje ulubione maseczki z tej serii. Czarna Vital faktycznie łagodzi stany zapalne i podrażnienia. Szara Moisturizing oprócz nawilżenia także przyspiesza gojenie stanów zapalnych. Z kolei czerwona Wrinkle Care jest genialna jeśli chodzi o napinanie skóry i poprawienie jej elastyczności. Robi to lepiej niż Glamglow Gravitymud! Naprawdę!

Same maseczki mają bardzo dobry kształt, a do tego są mocno nasączone. Czasem zostawiam sobie trochę esencji w opakowaniu i na noc, lub na drugi dzień rano wylewam ją na wacik i przykład na parę minut do twarzy. W ten sposób nic się nie marnuje.

Fresh garden mask
 Glacial Water  Wykonana z czystej bawełny maska w płacie zawiera świeże, naturalne składniki. Krystalicznie czysta woda z lodowca bogata jest w minerały, które wzmacniają skórę. Maska Glacial Water to detoks dla cery. 

 Red Ginseng   Saponiny, jeden ze składników czerwonego żeń-szenia, działają na skórę przeciwzapalnie, oczyszczająco, wybielająco i odkażająco. Wyciąg z liści zielonej herbaty to silny antyoksydant, zwalcza wolne rodniki, działa przeciwzmarszczkowo, poprawia elastyczność skóry. Wyciąg z oczaru wirginijskiego działa ściągająco, przyspiesza gojenie się ran. 


Obie maseczki dobrze leżą na twarzy, z kilkoma zagięciami oraz są mocno nasączone. Nie zauważyłam jednak, aby Red Ginseg łagodziła stany zapalne czy rozjaśniała cerę, a to miała robić. Za to ją matuje, wygładza i zmiękcza. Z kolei Glacier Water faktycznie ładnie nawilża i cera jest po niej gładka i widocznie odświeżona, ale zostawia lekko klejącą warstwę. 

Venetian Carnival
Mask Rising Sun  to wygodna maska w płacie o bajecznym wzorze wschodzącego słońca działająca odżywczo i przeciwzmarszczkowo. Składniki aktywne wnikają do wnętrza skóry dodając jej energii witalnej.
Mask Shiny Star  to wygodna maska w płacie o bajecznym wzorze rozświetlonej gwiazdy działająca rozjaśniająco. Składniki aktywne wnikają do wnętrza skóry przywracając jej naturalny blask.


Obie maseczki są z nadrukiem weneckich masek, więc płachty są bardziej sztywne. A do tego bardzo źle leżą. Musiałam podcinać nożyczkami otwory na oczy, bo były za małe! Jednak ważniejsze jest działanie. A tu nie było źle. Rising sun ma bardzo łatwo wchłaniającą się esencję, która się nie lepi. Zostawia cerę promienną, ładnie nawilżoną i rozszerzone pory po niej wyglądają ładniej. Shiny star też bardzo szybko wchłania się w skórę, ale zostawia ją odżywioną, nawilżoną i przyjemną w dotyku. Taką jakby aksamitną w dotyku - jak materiał aksamit.

ALL THAT
All That Rose Mask zawiera wodę z bułgarskiej róży damasceńskiej, która na skórę działa kojąco, łagodząco, nawilżająco i antyseptycznie.

All That Black Mask czarna maska w płacie w całości nasączona jest pudrem węglowym, który skutecznie absorbuje wszelkie zanieczyszczenia, oczyszcza pory, reguluje wydzielanie sebum.


Obie maseczki mają bardzo miękkie i bardzo mokre płachty. Ale też bardzo małe otwory na oczy. Chociaż leżą dobrze. Ponieważ są super mokre trzymałam je do 30 minut. All that black odświeża i nawilża cerę, a do tego pory wyglądały po niej lepiej. Z kolei All that rose lekko nawilża cerę i sprawia, że błyszczy, ale to tyle.

Fan of Poland - rozjaśniająca multiwitaminowa maska w płachcie
Unikalna receptura, oparta na bogatej w minerały wodzie ze znanego, brytyjskiego uzdrowiska Harrogate, skutecznie przenika do najgłębszych warstw naskórka kojąc i lecząc skórę. Maski wzbogacono o Vita10-complex, który przyspiesza odnowę tkanek, niszczy wolne rodniki, zapobiega zmarszczkom, rozjaśnia plamy pigmentacyjne i łagodzi zmiany trądzikowe. 


Choć ta maseczka została stworzona z myślą o kibicowaniu, to jak dla mnie jest to maska na rano. Cera jest po niej bardzo ładna. Promienna, nawilżona jak po dobrym kremie. A do tego super gładka. Najlepsze jest jednak to, że esencja wchłania się do zera i jej w ogóle nie czuć na twarzy. Dlatego jak dla mnie jest to maseczka do zrobienia rano przed makijażem.

Podsumowując mogę powiedzieć, że maseczki mnie nie zawiodły. Jedynie problemem były za małe otwory na oczy czy marszczenie się materiału, ale to się zdarza różnym firmom. Same esencje i działanie maseczek sprawdza się z obietnicami producenta. Jednak najbardziej polubiłam maskę dla fanów i oczywiście maseczki z serii Seoul Girls tych miałam w zeszłym roku wiele, i w tym na pewno zużyję ich jeszcze więcej.


wtorek, 12 lutego 2019

Recenzja - Efektima konopne masło do ciała

Recenzja - Efektima konopne masło do ciała
Seria konopna od marki Efektima gościła już na moim blogu. Używałam oleju do ciała (i włosów), a także wciąż używam kremu do twarzy do cery tłustej i mieszanej. Oba z nich u mnie sprawdziły się świetnie. Dlatego z wielką nadzieją przystąpiłam do używania konopnego masła do ciała. Czy mi się spodobało?

Opis producenta:
Konopne masło do ciała ma działać łagodząco i odżywczo na skórę. Jego składniki zostały dobrane w taki sposób, aby nadać skórze blask i przywrócić gładkość. Ma być doskonałym środkiem pielęgnującym nawet do skóry suchej, a także utrzymywać ją w dobrej kondycji. Masło polecane jest także do skóry skłonnej do podrażnień. Oprócz oleju konopnego znajdziemy tu oliwę z oliwek, która pomaga w odbudowania płaszcza hydrolipidowego i przywraca skórze nawilżenie, a do tego działa regenerująco i uelastycznia. Konopne masło ma zapewnić skórze kompleksową pielęgnację.


Skład: 
Aqua, Glycerin, Glyceryl Stearate, Cannabis Sativa Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Cocos Nucifera Oil, PEG-100 Stearate, Stearic Acid, Cetyl Alcohol, Cetearyl Ethylhexanoate, Phenoxyethanol, Olea Europaea Fruit Oil, Parfum, Xanthan Gum, Olea Europaea Husk Oil, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, Benzoic Acid, Dehydroacetic Acid, Butylphenyl Methylpropional, Coumarin, Limonene, Hydroxycitronellal, Alpha-Isomethyl Ionone, Tocopheryl Acetate. 


Moja opinia:
Zacznijmy od tego, że od produktu, który ma w nazwie "masło konopne" tych konopi oczekuję wysoko w składzie. Tutaj są już na czwartym miejscu, co jest wynikiem bardzo dobrym. Naprawdę nie znoszę kiedy jakiś składnik jest szeroko opisany na pudełku, a w składzie jest na samym końcu. Ale pod tym względem Efektima nie zawodzi!

Skoro już wspomniałam o opakowaniu to warto powiedzieć o nim coś więcej. Wygodne, odkręcane pudełko o pojemności 200 ml. Czyli standardowo. Takie pudełka są bardzo wygodne w użytkowaniu, bo można bardzo dokładnie wybrać ilość nabieranego produktu i na bieżąco widzimy, ile go zostało w środku. Nie mam problemu, aby je odkręcić czy zakręcić rękami, które mam wysmarowane kremem.

Sam produkt moim zdaniem nie ma konsystencji masła. Ale to nie jest minus! Konsystencja jest jak w gęstym kremie, balsamie. Bardzo dobra do rozprowadzania na ciele, bo nie trzeba porcji roztapiać w dłoniach czy też nic nie przecieka przez palce jak np. mleczka do ciała. Zapach jest typowy dla tej serii. Mi się bardzo podoba, ale przyznam szczerze, że już się do niego przyzwyczaiłam i nie wyczuwam go na skórze.


Masło bardzo dobrze się wchłania. Sam olej konopny jest tak zwanym olejem suchym, więc pewnie to jego zasługa. Na skórze nie zostaje tłusta czy lepka warstwa. Czuć, że skóra jest nakremowana, ale w żadnym stopniu nie przeszkadza mi to uczucie.

Najważniejsze jest jednak działanie! Tak samo jak krem do twarzy i olej do ciała, konopne masło działa świetnie. Pozostawia skórę przyjemną w dotyku, bardziej elastyczną, miększą i zdecydowanie bardziej wypielęgnowaną. Zrobiłam nawet mały eksperyment i odstawiałam na dwa-trzy dni masło... efekt się utrzymał! Ale jednak warto go używać chociaż 3-4 razy w tygodniu, aby skóra była naprawdę w lepszej kondycji. Nawet suche kolana czy łokcie wyglądają lepiej i są o wiele przyjemniejsze w dotyku od kiedy używam tego produktu.
Copyright © 2016 N. o kosmetykach , Blogger